Bogusław Sonik
boguslawsonik.blog.interia.pl
<< Styczeń 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031
Księga gości
 
O mnie
boguslawsonik
58
,
Kraków
Słówko o mnie
Poseł do Parlamentu Europejskiego z ramienia Europejskiej Partii Ludowej (EPL), przewodniczący Stowarzyszenia Maj77
Zobacz mój profil
Notki
25 styczeń 2012 Sankcje przeciwko Iranowi: za i przeciw
Ostatnia (23 stycznia) decyzja 27 ministrów spraw zagranicznych państw-członków Unii Europejskiej, dotycząca sankcji ekonomicznych przeciwko Iranowi, jest wydarzeniem szeroko komentowanym. Przypomnijmy, że UE zakazała (państwom członkowskim i przedsiębiorstwom) podpisywania wszelkich nowych kontraktów naftowych z Iranem, który to zakaz wchodzi w życie natychmiast; wypowiedzenie obowiązujących kontraktów do 1 lipca tego roku; zamrożenie aktywów irańskiego banku centralnego w bankach europejskich; zakaz sprzedaży do Iranu złota i innych metali szlachetnych; zakaz inwestowania w irański przemysł petrochemiczny. Wszystko to po to, aby zniechęcić Iran do prac nad produkcją broni atomowej. Jak wiadomo, Iran jest o to od lat podejrzewany przez Zachód, który opiera się w tej kwestii na raportach Międzynarodowej Agencji Energii Nuklearnej (IAEA), a władze irańskie systematycznie te podejrzenia negują.

Przed zapadnięciem decyzji Unii, co do której wymagana była jednomyślność, większość musiała pokonać opory tych krajów, które są najbardziej zależne od irańskiej ropy (w szczególności chodzi tu o Grecję, Hiszpanię i Włochy). Unia ma nadzieję, że do 1 lipca da się znaleźć nowych dostawców, i liczy tu w szczególności na Arabię Saudyjską.

„Le Parisien” przypomina słowa francuskiego prezydenta, Nicolasa Sarkozy’ego, sprzed kilku dni, kiedy to w czasie tradycyjnych noworocznych życzeń dla korpusu dyplomatycznego w Paryżu powiedział: „(...) ci, którzy nie chcą zaostrzenia sankcji, przeciwko reżimowi, który poprzez uzyskanie dostępu do broni atomowej, prowadzi swój kraj do katastrofy, będą ponosić odpowiedzialność za ryzyko wybuchu działań wojskowych”. Dziennik przytacza też fragment wspólnego oświadczenia Sarkozy’ego, Angeli Merkel i Davida Camerona już po poniedziałkowej decyzji Unii. Trójka polityków prosi „z naciskiem przywódców irańskich o natychmiastowe zawieszenie podejrzanego programu nuklearnego”. I dalej: „Drzwi są otwarte, jeśli Iran zaakceptuje poważne negocjacje na temat istoty swojego programu nuklearnego (...). Dopokąd Iran nie wróci do stołu negocjacyjnego, pozostaniemy zjednoczeni, aby wprowadzić twarde środki , która nadwątlają możliwości reżimu finansowania programu nuklearnego i pokazują, ile go będzie kosztować obranie drogi zagrażajacej pokojowi i bezpieczeństwu wszystkich” (http://www.leparisien.fr/international/embargo-petrolier-l-ue-frappe-l-iran-au-portefeuille-23-01-2012-1825399.php).

Z kolei w „Le Figaro” wywiad z Tierry Coville’m, badaczem w IRIS (Institut de Relations Internationales et Strategiques), specjalizującym się sprawach irańskich. Coville jest więcej niż sceptyczny co do skuteczności ogłoszonych właśnie sankcji. Mówi: „Nie tylko [embargo] będzie nieskuteczne, ale nawet może być kontr-produktywne. Z jednej strony, penalizując oficjalny obrót [ropą irańską] wzmocni czarny rynek, który jest kontrolowany przez twarde skrzydło reżimu. Z drugiej – tego rodzaju kroki mogą zmobilizować ludność przeciwko czemuś, co ona postrzega, słusznie, jako bezprawną zagraniczną ingerencję w sprawy wewnętrzne, a w konsekwencji spowodować wzrost irańskiego nacjonalizmu” (http://www.lefigaro.fr/international/2012/01/23/01003-20120123ARTFIG00569-l-embargo-sur-le-petrole-iranien-est-contreproductif.php).
23 styczeń 2012 Węgry - Unia: spór o artykuł 7
W minioną środę (18 stycznia) węgierski premier Viktor Orban tłumaczył się w Parlamencie Europejskim z – najogólniej mówiąc – zagrożeń dla demokracji w jego kraju. Poprzedniego dnia Komisja Europejska uruchomiła 3 procedury przeciwko Węgrom mające je skłonić do anulowania niektórych przepisów w nowych ustawach - tych, które, zdaniem Komisji, zagrażają niezależności banku centralnego, urzędu ochrony danych osobowych, jak też wymiaru sprawiedliwości.

Orban bronił się podkreślając, że wszystkie mankamenty „techniczne” zostaną szybko usunięte, natomiast mocno obstając przy kwestiach, z jego punktu widzenia, zasadniczych. Te kwestie zasadnicze, to np. nowa definicja państwa węgierskiego, która nie odwołuje się już do jego republikańskiej formy, lecz do narodu węgierskiego jako jego esencji.

Debata w PE była burzliwa. Zdaje z tego sprawę „Le Parisien”. Dziennik przywołuje m.in. głosy Daniela Cohn-Bendida (zieloni) i Guy’a Verhofstadta.

Deputowany z ramienia partii ekologicznej zaproponował wysłanie na miejsce delegacji parlamentarnej po to, żeby przekonać się >>dlaczego bezdomni na Węgrzech boją się; dlaczego boją się intelektualiści; dlaczego boją się członkowie mojej rodziny i ludzie, których znam, węgierscy Żydzi<<. (...) >>Mniejszości w Pańskim kraju mają prawo do tego, aby nie czuć strachu, Panie Orban<<” (Hongrie: Orban ne veut pas de l’argent de l’Allemagne, 18.01.2012) Podobne było wystąpienie Verhofstadta oraz przedstawicieli skrajnej lewicy.

Z kolei, pisze dziennik, socjaliści byli bardziej powściągliwi, bowiem ich przedstawiciel ograniczył się do stwierdzenia, że dzisiejsze Węgry nie byłyby przyjęte do Unii Europejskiej. Jeszcze bardziej powściągliwa była reakcja konserwatystów z grupy PPE, do której przynależy też węgierski Fidesz.

Dodajmy, że kwestią sporną w Unii jest to, jaką przyjąć procedurę przeciwko Węgrom. Lewica domaga się uruchomienia procedury wynikającej z art. 7 traktatu, czemu prawica jest przeciwna – i na razie do tego nie doszło.

Le Parisien” po prostu opisał stanowisko poszczególnych grup politycznych w Parlamencie Europejskim. Z kolei „Liberation”, piórem swojego brukselskiego korespondenta, Jeana Quatremera, próbuje rzecz całą ocenić pod kątem skuteczności powziętych przez UE kroków. Autor stwierdza: „Victor Orban może spać spokojnie: państwa członkowskie Unii nie mają najmniejszej ochoty skazywać Węgier na banicję, pod pretekstem, że spowodował uchwalenie kilku ustaw >>antywolnościowych<<. Ani prawica, która rządzi w 22 z 27 państw członkowskich, oraz dominuje w Parlamencie i w Komisji, ani nawet większość socjalistów nie ma ochoty iść na wojnę podjazdową z Orbanem, ponieważ obawiają się, że to wzmocni węgierski nacjonalizm i będzie na rękę skrajnie prawicowej partii Jobbik” (http://bruxelles.blogs.liberation.fr/coulisses/2012/01/le-parlement-europ%C3%A9en-paralys%C3%A9-face-%C3%A0-viktor-orban.html).

Co ciekawe, do takich samych wniosków dochodzi „L’Express”. Tygodnik wspomina, że Guy Verhofstadt domagał się użycia art. 7, a dalej pisze: „Ale ona [procedura z art. 7] zakłada poparcie 26 przywódców europejskich. Ci ostatni natomiast, przeważnie członkowie, podobnie jak Orban, Europejskiej Partii Ludowej, są tym zakłopotani. Precedens z 2000 roku, kiedy sankcje wymierzone przeciwko dojściu do władzy w Austrii skrajnej prawicy, miały mizerne efekty, co się jeszcze powszechnie pamięta” (Lois controversées: la Hongrie tente de calmer le jeu vis-à-vis de Bruxelles, 18.01.2012)

Sytuację ataków Unii Europejskiej na premiera Węgier komentuje także w dzisiejszym Super Ekspresie Minister Sprawiedliwości Jarosław Gowin, stwierdzając, że: "W sprawie Węgier powinna obowiązywać solidarność nowych państw członkowskich. Jeśli pozwolimy, by zachodni politycy przeczołgali jedno z tych państw, to później kolejne z nich znajdą się na muszce. Jestem zdecydowanym zwolennikiem integracji europejskiej, ale przy zachowaniu odpowiedniej dozy suwerenności poszczególnych państw. [...] Zarzuty wobec premiera Orbana uważam za mocno przesadzone, choć nie jestem jego politycznym fanem. Myślę, że jest to dyktat lewicowej poprawności politycznej, jak również próba przesuwania granicy uprawnień instytucji europejskich, czyli ograniczania kompetencji państw narodowych. Próba nieuzasadniona, a co najmniej przedwczesna. Z formalnego punktu widzenia wszyscy w UE są równi, ale obok przepisów jest jeszcze realna polityka. A w niej duży i bogaty zawsze może więcej niż mały i biedny. Tym bardziej powinniśmy chronić naszych sąsiadów przed naciskiem ze strony europejskich możnych. Węgry w okresie swojej i polskiej prezydencji zachowywały się wobec nas niezwykle lojalnie. Myślę, że teraz pora na naszą solidarność. (http://www.se.pl/wydarzenia/opinie/wegry-pod-dyktatem-lewicowej-poprawnosci_223445.html)

18 styczeń 2012 Euro: strefa nie najwyższego zaufania
Tego należało się spodziewać. Od kilku tygodni w prasie europejskiej trwały spekulacje na temat możliwego obniżenia najwyższego ratingu kilku państw strefy euro. Spekulacje były o tyle uprawnione, że problemy długu publicznego niemal w całej strefie euro narastały nieprzerwanie od pierwszego krachu Grecji (wiosna 2010), a nasiliły się jesienią ubiegłego roku. Nadto agencje ratingowe kilka razy zapowiadały – w takiej czy innej formie – że obniżenie noty może niebawem nastąpić.

Jak pamiętamy, zapowiedzi tego rodzaju wywoływały panikę polityków tych krajów (inaczej reagowały rządy, inaczej opozycja). O tyle uzasadnioną, że jednoznacznie negatywne były reakcje rynków finansowych na te zapowiedzi. Teraz, kiedy słowo stało się ciałem, sytuacja jest podobna na planie politycznym, ale – czy tylko chwilowo? – inna na planie finansowym. Giełdy się uspokoiły, politycy natomiast, swoim zwyczajem wzięli się za łby. We Francji, która szykuje się do wyborów prezydenckich i parlamentarnych, opozycja bije w rząd jak w bęben, powiadając, że to wszystko jego wina. Ostro reaguje większość rządząca zarzucając opozycji wykorzystywanie trudności, w jakich znalazł się kraj.

To spięcie opisuje lepoint.fr. „UMP [partia rządząca] oceniła w sobotę, w serii komunikatów, że Francois Hollande [kandydat socjalistów] >>radował się<< ze zdegradowania ratingu przez S&P >> z powodów wyborczych<< i że jego program w zakresie finansów publicznych jest nie do obrony. Ta salwa krytyk nastąpiła po tym, jak kandydat socjalistyczny zadeklarował, że batalia została >>przegrana<< przez prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego i że to >>polityka szefa państwa została zdegradowana<<. Valerie Rosso-Debord, deputowana z departamentu Meurthe-et-Moselle (...), ubolewała: >>Pan Holland i jego przyjaciele wolą cieszyć się z obniżenia ratingu, z powodów wyborczych i na koszt Francuzów, co jest niegodne!<<” (http://www.lepoint.fr/politique/election-presidentielle-2012/perte-du-triple-a-l-ump-accuse-hollande-de-se-rejouir-de-la-situation-14-01-2012-1419176_324.php)

Jakkolwiek by z tym było, obiektywnie obniżenie ratingu Francji przez Standard & Poors, niewątpliwie utrudnia, i tak już trudne, przedsięwzięcie reelekcji Nicolasa Sarkozy’ego. Odwrotnie opozycja: ta zwietrzyła dodatkową szansę dla siebie.

Czy można odzyskać utracone potrójne A? Można, ale zajmuje to wiele lat i kosztuje wiele wyrzeczeń. Przypadek udanej operacji odzyskiwania potrójnego A przez Danię opisuje „Le Monde”: (Une cure de patates a permis aux Danois de retrouver le AAA, 17.01.2012). Podobnie było w Kanadzie, gdzie do odzyskania najwyższej noty doprowadził premier Jean Chrétien. To z kolei opisują „Les Echos” (http://www.lesechos.fr/entreprises-secteurs/enquete/0201801290395-comment-le-canada-a-reconquis-son-triple-a-271149.php) . Tu i tam była to droga przez krew, pot i łzy.

Jest więcej niż pewne, że takiej operacji nie da się przeprowadzić w ciągu kliku miesięcy (wybory prezydenckie we Francji odbędą się na przełomie kwietnia i maja). W pozostałych krajach, których rating został też obniżony, sytuacja jest, z wyborami czy bez, zasadniczo podobna.

Obniżenie ratingu pokazuje bez upiększeń, że stan finansów publicznych w większości państw strefy jest zły. Czeka je ciężka praca.
16 styczeń 2012 Węgry: Komisja grozi sankcjami
W poprzednim odcinku tego przeglądu wspomniano, że w środę 11 marca Komisja Europejska miała się zając przypadkiem węgierskim. Tak się stało – i zaraz będzie o tym mowa. Najpierw jednak streszczenie wystąpienia szefa europejskich liberałów Guy’a Verhofstadta (ADLE), które o jeden dzień poprzedziło deliberacje Komisji.

Verhofstadt wezwał Unię do działania, powiadając, „że w przypadku węgierskim nie ma innej możliwości jak uruchomienie razem z Parlamentem Europejskim procedury przewidzianej w art. 7 p. 1 traktatu UE” (Hongrie: Guy Verhofstadt veut mettre la Hongrie au ban de l’Europe, 11.01.2012). Agence Europe wyjaśnia, że procedura ta pozwala, aby Parlament Europejski zaproponował stwierdzenie „wyraźnego ryzyka poważnego pogwałcenia” wartości UE, co w przypadku, gdyby to pogwałcenie miało charakter trwały, skutkowałoby odebraniem temu państwu pewnych praw, w tym również prawa głosu w instytucjach europejskich.

Stało się tak, jak zaproponował Guy Verhofstadt: Komisja zagroziła Węgrom uruchomieniem procedury wskazanej w paragrafie 7 punkt 1. Pisze o tym dzisiejsza „Libération”. Paryski dziennik przytacza słowa przewodniczącego Komisji José Manuela Barroso: „Wykorzystamy wszystkie nasze możliwości, aby upewnić się, że Węgry respektują reguły Unii Europejskiej”. Dziennik zwraca uwagę, że dotychczasowe milczenie Unii miało związek z tym, że partia premiera Orbana, Fidesz, należy do dominującej w PE frakcji Europejskiej Partii Ludowej (PPE), „w której zasiada większość partii u władzy w Europie, w tym francuska UMP i niemiecka CDU/CSU” (Bruxelles se réveille face aux dérives d’Orbán, 13.01.2012).

Jeśli chodzi o reakcje państw członkowskich, to „Libération” zwraca uwagę, że ogólną ciszę w kwestii węgierskiej przerwały tylko Finlandia, Luksemburg i Francja.

Belgijski „Le Soir” zamieszcza wywiad z węgierskim ministrem spraw zagranicznych, Janose’em Martonoyi’em. Minister – oczywiście – używa tonu dyplomatycznego, tłumaczy i łagodzi, zapewniając, że nie może być mowy o groźbie odejścia od demokracji w jego kraju. Może warto zwrócić uwagę na jego odpowiedź na jedno z pytań:

Le Soir”: „Poruszył pan kwestię niezależności banku centralnego, którą Komisja uważa za zagrożoną. Ten aspekt [sporu ] wydaje się panu priorytetowy: pański kraj potrzebuje pieniędzy z FMI i z UE, aby uniknąć poważnego kryzysu ekonomicznego i finansowego.”

Minister Janose Martonoyi: „Ma pan rację. To jest kwestia ważniejsza od innych. Stawką jest tu kredyt z FMI. Trzeba także uwzględnić opinię Komisji Europejskiej. Powiedzieliśmy, że wszystko jest do negocjacji. (...)” (Budepest accepte de „negocier”, 13.01.2012).
10 styczeń 2012 Węgry: co może Unia?
Zdecydowanie przypadek węgierski stanowi dla Unii kłopot. Kolejno kilka instytucji unijnych określiło swoje krytyczne stanowisko dla zmian, jakie w ostatnich miesiącach zaprowadził rząd Viktora Orbana, ale na razie nie widać w jaki sposób dałoby się skłonić węgierskiego premiera do ustępstw. Pisze o tym „Agence Europe” w swoim biuletynie, anonsując, że „11 stycznia >>kwestia węgierska<< będzie w porządku dziennym obrad kolegium komisarzy europejskich”.

Jednym z poważniejszych zarzutów wobec Węgier jest kształt ich nowej konstytucji. „Agence Europe” omawia m. in. stanowisko Europejskiej Partii Ludowej przytaczając fragmenty komunikatu, Wilfrieda Martensa (szefa PPE) i Josepha Daula (szefa frakcji PPE w Parlamencie Europejskim), którzy z jednej strony przypominają, że Węgry nową konstytucją zastępują ustawę zasadniczą pochodzącą jeszcze z czasów stalinowskich, i że zawiera ona szereg nowoczesnych i demokratycznych rozwiązań prawnych. Z drugiej jednak strony zauważają, że problem jest. I dalej: „Nie potrzeba mówić, że PPE będzie popierać rekomendacje Komisji Europejskiej zmierzające do pełnego respektowania przez Węgry prawa wspólnotowego” (Hongrie: Orban refuse toujours de modifier la loi sur la banque centrale, 07.01.2012).

Z kolei na portalu informacyjnym „Atlantico” możemy przeczytać analizę Jean-Luc Saurona, profesora Uniwersytetu Paris Dauphine, z której wynika, że możliwości wpływania przez Unię na państwo członkowskie, które nie respektuje wspólnych reguł, są minimalne. Procedury europejskie są pod tym względem tak skomplikowane, że nigdy w przeszłości nie udało się z nich skutecznie skorzystać: ani w przypadku austriackim (udział Jőrga Haidera w rządzie), ani w przypadku włoskim (udział Gian-Franco Finiego w rządzie). Jeśli chodzi o oskarżenie państwa członkowskiego przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości, jest to możliwe jedynie w takim przypadku, gdy materia legislacji krajowej, którą się kwestionuje, była też materią legislacji europejskiej – a tak się sprawy nie mają tym razem. Bowiem ani definicja małżeństwa, ani wolność prasy nie wchodzi w zakres prawa unijnego. Co sie zas tyczy skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (który nb. nie jest instytucją unijną, lecz przynależy do systemu prawnego Rady Europy), to ten sąd zajmuje się jedynie przypadkami indywidualnymi, w których obywatel danego kraju poniósł uszczerbek w stosunku do swoich praw (określonych w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności), ale już wyczerpał możliwości dochodzenia tych praw w swoim kraju. Czyli nie rozwiązuje to generalnego problemu ewentualnej sprzeczności nowego ustawodawstwa węgierskiego z zasadami prawnymi Unii.

„Postępowanie w kwestii węgierskiej pokazuje nicość europejskiego gołosłownego dyskursu. Kryzys węgierski podkreśla jedną oczywistość: model demokratyczny nie jest podzielany przez wszystkich w Europie. Wobec tych wydarzeń [na Węgrzech] i niezdolności, a nawet braku woli instytucji europejskich do działania, co zatem oznacza owa domniemana >>tożsamość europejska<<?” (http://www.atlantico.fr/decryptage/democratie-hongrie-viktor-orban-menaces-fmi-ue-guy-verhofstadt-traite-lisbonne-jean-luc-sauron-261869.html) - pyta sarkastycznie autor.

W konkluzji profesor Sauron zauważa, że Węgry ugną się raczej przed Międzynarodowym Funduszem Walutowym, gdy ten odmówi im kredytów, niż przed owym gołosłownym dyskursem unijnym.
09 styczeń 2012 FTT: Francja gra va banque!
Pomysł podatku od transakcji finansowych (FTT) wchodzi w nową fazę. W piątek Francja (6 stycznia) zapowiedziała, że podejmie decyzję o jego wprowadzeniu do końca stycznia. Natychmiast zareagowały Niemcy i Włochy ogłaszając, że tego rodzaju inicjatywa musi mieć wymiar ogólno-unijny.

Idea FTT ma długą historię. Po raz pierwszy pomysł ten wysunął amerykański liberalny ekonomista James Tobin (późniejszy laureat Nagrody Nobla) w roku 1972. Przez wiele lat pomysł Tobina był czystą teorią, aż do roku 1984, kiedy postanowiła go zastosować Szwecja dla swojego rynku akcji. Tam okazał się totalną klapą, ponieważ, operatorzy finansowi, których działania były w ten sposób opodatkowane na giełdzie w Sztokholmie, masowo uciekali do sąsiednich krajów, a ponieważ podatek obowiązywał w Szwecji i nigdzie indziej, było to łatwe. Po tej porażce wydawało się, że FTT odejdzie do lamusa historii. Tak się – o dziwo! - nie stało.

Wpływowy francuski dziennikarz Ignacio Ramonet ogłosił pod koniec lat 90-tych na łamach „Le Monde Diplomatique” apel o wprowadzenie tego podatku, co dało – w panującej już wówczas atmosferze antyglobalizmu – początek ruchowi ATTAC, stawiającemu sobie za główny cel wprowadzenie tego podatku. W tym czasie FTT była więc ideą lewicową, żeby nie powiedzieć, lewacką.

Potem pomysł przejęli socjaliści francuscy (Lionel Jospin) i niemieccy (Gerard Schroeder). Prawica była mu zdecydowanie przeciwna, ale do czasu. Nie bez wpływu na ich przemianę świadomości była ewolucja światowej sytuacji gospodarczej, poczynając od krachu na amerykańskim rynku nieruchomości w jesieni 2008. Najpierw Gordon Brown, a w końcu i Nicolas Sarkozy) zaczęli głosić się jej zwolennikami. W ten sposób idea FTT, kojarzona kiedyś z lewakami, stała się połączalna z całkiem liberalnym credo ekonomicznym: np. od jesieni zeszłego roku istnieje oficjalny projekt Komisji Europejskiej w tej sprawie.

Tę długą, burzliwą i krętą historię opisuje paryski „Le Monde” (http://www.lemonde.fr/election-presidentielle-2012/article/2012/01/06/le-drole-de-destin-de-la-taxe-tobin-des-altermondialistes-aux-liberaux_1625235_1471069.html#ens_id=1626619). Warto przeczytać, żeby się przekonać, jak przedziwne niekiedy bywają wędrówki idei.

Co się tyczy aktualnej sytuacji, rzecz wydaje się nader kontrowersyjna. Są ekonomiści, którzy uważają, że ten pomysł wymaga udziału nie jednego czy kilku krajów, ani nawet strefy euro, ale przynajmniej 27 państw członkowskich Unii. Są też jednak tacy, którzy twierdzą, że i to nie byłoby rozwiązaniem wystarczającym. Pisze o tym tygodnik „Le Point”: „>>Wraz z tym podatkiem państwo strzeliłoby sobie nie tylko w stopę, ale wręcz w głowę<<, ocenia ze swej strony Jacques Delpla, członek Rady Analiz Ekonomiczych (CAE). >>Byłaby to katastrofa dla długu francuskiego, ponieważ dotknęłoby to akcji, ale przede wszystkim obligacji, których obrót jest największy. W momencie, kiedy kraj walczy o zachowanie potrójnego A, byłby to fatalny sygnał [dla rynków]<<, dodaje”. „To nie ma sensu, ponieważ transakcje finansowe mają w znacznym stopniu charakter globalny” – to z kolei opinia Alaina Trannoya z l’Ēcole des Hautes Ētudes des Sciences Sociales. http://www.lepoint.fr/economie/taxe-tobin-les-experts-jugent-qu-une-loi-uniquement-pour-la-france-serait-tres-dangereuse-06-01-2012-1416155_28.php).
04 styczeń 2012 Duńska prezydencja: będzie ciężko
Po polskiej prezydencji przyszła kolej na duńską. O Duńczykach w tej roli pisze „Le Dauphiné Libéré”. Grenoblski dziennik pisze, że w okresie kiedy centralną kwestią w Unii jest ratowanie strefy euro, ten mały kraj będzie miał kłopot w wywieraniu wpływu na negocjacje w tej kwestii, zdominowane przez największych unijnych graczy. „Ten mały kraj liczący 5,6 miliona mieszkańców, jeden z nielicznych w Europie rządzonych przez centro-lewicę, będzie w pierwszej linii walki z kryzysem euro (...). Ale zostanie prawdopodobnie zmarginalizowany [w tej walce], podobnie jak 9 innych krajów, w tym Wielka Brytania, które nie przyjęły wspólnej waluty”. Dziennik cytuje duńską agencję prasową Ritzau, która tak ocenia: „Formalnie Dania nie może, ani nie powinna rozwiązać kryzysu euro. Ale premier (pani Helle Thorning-Schmidt) oraz minister spraw europejskich (Nicolai Wammen) powiedzieli, że mają nadzieję przerzucenia mostu ponad tym kryzysem”. Konkluzja dziennika: „Pani Thorning-Schmidt rzeczywiście zapewnia, że Kopenhaga będzie próbowała >>być mostem, między 17-oma o 27-ioma<<, po to aby uniemożliwić powstanie fosy pomiędzy krajami strefy euro i pozostałymi” (http://www.ledauphine.com/politique/2012/01/01/le-danemark-prend-la-presidence).

Na internetowych stronach Radio-Canada. Zwraca się tu uwagę na te same co w innych mediach aspekty słabości Danii i jej prawdopodobnej niezdolności do wpłynięcia decydująco na przebieg negocjacji. Ponadto – i to jest coś nowego- pisze się, że Duńczycy nie tylko odrzucili w przeszłości wspólną walutę, ale i dzisiaj byliby jej przeciwni. Niedawny sondaż pokazywał, że zdecydowanie lub raczej „za” euro jest obecnie 27 proc. Duńczyków, zaś 71 procent jest zdecydowanie lub raczej „przeciw”. Co się zaś tyczy trudności zadania, jaki stoi przed Danią od 1 stycznia, Radio-Canada przytacza opinię szwedzkiego dziennika Sydsvenskan, który pisze, że Dania będzie musiała w sprawie prób rozwiązania kryzysu zadowolić się rolą „figuranta w grach o władzę” (http://www.radio-canada.ca/nouvelles/International/2012/01/01/008-danemark-presidence-union-europeenne.shtml). [Co ciekawe w Danii można w 100 % płatności dokonać zarówno w Duńskiej Koronie jak i w Euro. Wszystkie sklepy, taksówkarze, itp. są przygotowani na przyjmowanie obu walut. Nie czuje się więc różnicy, że Dania jest poza strefą euro].

Gdyby Duńczycy popadali w jakieś kompleksy z tego powodu, powinien ich pocieszyć tekst w „Le Figaro”, gdzie klaruje się, że rotacyjna prezydencja w ogóle odgrywa teraz mniejszą rolę, bo z jednej strony jest stały przewodniczący Rady, a z drugiej wielkie i silne państwa, jak Niemcy i Francja, które też skutecznie utrudniają wypełnianie prezydencji jej dawnej roli. Nadto paryski dziennik zauważa, że po „zawodniku wagi ciężkiej z Nowej Europy” jak określa Polskę, teraz przyszedł czas na kolejno kilka małych państw – małych parametrami geograficznymi, liczbą ludności i PKB, bo po Danii prezydencję będą dzierżyć kolejno: Cypr, Irlandia i Litwa (http://www.lefigaro.fr/international/2011/12/29/01003-20111229ARTFIG00386-ue-une-presidence-tournante-en-perte-d-influence.php).
02 styczeń 2012 Wizja Europy i nowy traktat
Jean-Claude Trichet, do niedawna prezes Europejskiego Banku Centralnego, zamieścił w europejskiej prasie (m. in. w „Les Echos”) artykuł pod wielce zobowiązującym tytułem „Wizja dla Europy”. I zgodnie z tytułem snuje tyleż ambitną, co trudną, perspektywę dla Unii, powiadając, że w kryzysie nie ma innej drogi niż ściślejsza integracja.

Trichet zaczyna od porównania sytuacji ekonomicznej w roku 1950 i dzisiaj, pisząc: „Przed 60 laty podział światowego PKB był tego rodzaju, że Europa miała tylko jeden model dla swojego [planowanego wtedy] jednolitego rynku. Dzisiaj, przeciwnie, Europa stoi wobec nowej gospodarki światowej, przekształconej przez globalizację i gospodarki wschodzące Azji i Ameryki Łacińskiej. (...) Do 2016 roku czyli już bardzo niedługo możemy się spodziewać, że PKB strefy euro, wyrażony w parytecie siły nabywczej, zostanie wyprzedzony przez PKB Chin. Zaś razem gospodarki Chin i Indii będą miały rozmiar dwukrotności gospodarki strefy euro. Na dłuższą metę PKB państw grupy G-7 będzie rozwalcowany przez szybki wzrost głównych gospodarek wschodzących. Europa musi zatem odpowiedzieć na ten nowy układ geopolityczny (...). W ramach tej nowej konstelacji światowej integracja europejska – zarazem ekonomiczna, jak i polityczna – jest kluczowa dla utrzymania naszej zasobności i naszego globalnego wpływu” (28.12.2011, Une vision pour l’Europe).

Takie są założenia. Wnioski instytucjonalne byłego szefa ECB to: wspólny minister finansów UE; przekształcenie obecnej Rady Europejskiej w izbę wyższą dwuizbowego odtąd parlamentu, podczas gdy obecny PE stałby się jego izbą niższą; przekształcenie Komisji Europejskiej w rząd europejski. Owszem, nowa struktura, byłaby silnie federacyjna, czyli zgodnie z zasadą pomocniczości, bardzo wiele decyzji byłoby załatwianych na poziomie państw narodowych. Ale kilka kluczowych (budżet, podatki) byłoby w podwójnej władzy państw i UE, przy czym rola Unii byłaby decydująca w przypadku, gdyby państwo notorycznie nie potrafiło wypełnić wspólnych europejskich reguł.

Ciekawa wizja, chociaż niewątpliwie kontrowersyjna. Na razie próba reform instytucjonalnych strefy euro nie idzie tak daleko. Warto śledzić prace nad tą reformą. Parlament Europejski wydelegował do tych prac trzech swoich przedstawicieli: Elmara Broka z PPE, Guy’a Verhofstadta z ADLE i Roberto Gualtieri z S&D. Na stronach internetowych PE można przeczytać streszczenie niedawnej dyskusji z ich udziałem na temat nowego traktatu, na wspólnym posiedzeniu komisji spraw konstytucyjnych i komisji spraw gospodarczych i walutowych, 20 grudnia.

Elmar Brok powiedział, że nadszedł dogodny moment, aby zmusić państwa do poczynienia większych koncesji na rzecz zarządzania wspólnotowego, niż to się dokonało w ramach tzw. sześciopaku. Roberto Galtieri zauważył, że projekt nowego traktatu przewiduje nadzorowanie ewentualnych sankcji dla państw nie przestrzegających reguł przez same państwa (formalnie przez Radę Europejską), co wydaje się rozwiązaniem mało skutecznym. Wreszcie Guy Verhofstadt podkreślił konieczną w nowym traktacie rolę instytucji wspólnotowych: „Musimy ustawić Komisję w sercu umowy międzynarodowej, ażeby zapewnić skuteczną kontrolę, ponieważ presja parów [tu: państw] nie będzie działać. Musimy również ustanowić kontrolę demokratyczną, powierzając Parlamentowi to polityczne zadanie.” Verhofstadt przestrzegł na koniec przed „zboczeniem międzyrządowym” i opowiedział się za takim kształtem przepisów, iżby jasno zapisane były zobowiązania stron, aby „uniknąć tego, że wdraża się jakieś polityki poza systemem unijnym”
(http://www.europarl.europa.eu/news/fr/pressroom/content/20111219IPR34543/html/La-crise-de-la-zone-euro-ne-se-résoudra-pas-avec-un-recul-de-l'UE).
28 grudzień 2011 Kto uratuje Europę?
Z szumu informacyjnego dotyczącego Unii Europejskiej w kryzysie, wyławiam dziś dwie wypowiedzi niebanalne, choć bardzo różne. Jedna usiłuje poszukiwać odpowiedzi na ten kryzys na planie instytucjonalno-gospodarczym, druga – na planie –intelektualno-duchowym. Autorem pierwszej jest politolog i ekonomista Guy Sorman w „Le Monde”, autorem drugiej – filozof André Gluksmann w „Liberation”.

Sorman pisze w kontekście dyskusji związanych z nowym traktatem dotyczącym kwestii budżetowych państw strefy euro. Zauważa, że jak zawsze w podobnych przypadkach, wyjściowe idee zostają przytępione przez konieczny kompromis pomiędzy partnerami europejskimi. Tymczasem dla ratowania strefy euro potrzebne są działania szybkie i spektakularne. Opowiada się on za fuzją gospodarczą Francji i Niemiec ze wspólnym budżetem, wspólnymi podatkami, wspólnym kodeksem pracy. Brzmi to może jak science-fiction, ale autor tego wezwania znany jest ze śmiałych wizji. Jak ją uzasadnia? Pisze, że takie spektakularne przyspieszenie dzisiaj „pozwoliłoby zaoszczędzić całe miesiące wahań, zanim pozostali Europejczycy pracowicie ratyfikują traktat proponowany teraz przez Angelę Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego. Do czasu ratyfikowania tego traktatu euro załamie się jeszcze 10 razy i co najmniej 3 państwa zbankrutują.” Następnie Sorman rozważa powody, dla których fuzja gospodarcza obu państw nie powinna nastręczać większych trudności, wylicza kolejne szczeble integracji europejskiej, dalej idące niż proponowana obecnie unia budżetowa, po czym konkluduje: „Fuzja francusko-niemiecka (...) zapobiegałaby trzem niebezpieczeństwom, które dzisiaj grożą Europie: nietrwałości euro jako wiarygodnej waluty, nierównowadze wydatków publicznych, co jest warunkiem powrotu do wzrostu gospodarczego i w końcu samej dekoniunkturze gospodarczej” (Il faut réaliser une fusion économique, 15.12.2011).

Jako się rzekło, wypowiedź André Gluksmanna sytuuje się na innym planie: na planie refleksji moralnej, a to w związku z niedawna śmiercią Vaclava Havla. Gluksmann wspomina Havla – wiecznego dysydenta, człowieka, który jako prawdziwy intelektualista ciągle przeszkadzał jakimś możnym tego świata. I tytułuje swój tekst nader wymownie: Havel: Europa przyszłości.

Po upadku muru berlińskiego – pisze Gluksmann – wszędzie promieniował optymizm, od pałaców po chaty kryte strzechą, świętowano koniec historii, krwawych wojen i wielkich kryzysów, wszystko w porządku pani margrabino! [aluzja do przedwojennego francuskiego szlagieru, w którym ta fraza przykrywała zgoła przeciwną rzeczywistość]. Dzisiaj zwrot o 180 stopni: fatalizm apokalipsy (ekologicznej, finansowej albo moralnej), paraliżuje obywatela, który kurczy się w sobie. W obu przypadkach – euforii i depresji – jedyna przyszłość, jaką sobie wyobraża, podtrzymuje go w bezsilności i obojętności. W przeciwieństwie do tego Vaclav Havel i figura dysydenta [którą zmarły uosabiał] reprezentują Europę odpowiedzialną, zdolną do uważnego przyglądania się sobie i do pokonania najbardziej tragicznych sytuacji.” (Havel: c’est l’Europe á venir, 27.12.2011). Pięknie powiedziane.
27 grudzień 2011 Strefa euro: reforma, która rodzi się w bólach
Rozpoczęły się prace nad traktatem reformującym strefę euro. Wstępny projekt, przekładający ustalenia polityczne poczynione podczas szczytu europejskiego 8 i 9 grudnia na przepisy traktatowe, przygotowali prawnicy, trwają pierwsze dyskusje na temat tego projektu. Już widać, że nie będzie łatwo dojść do porozumienia. Pisze o tym „La Tribune”.

Dziennik informuje najpierw, że pierwsze spotkanie prawników, dyplomatów i trzech eurodeputowanych, odbyło się w Brukseli we wtorek (20 grudnia). Ale już w przeddzień w Parlamencie Europejskim niektórzy deputowani alarmowali, że rzecz będzie trudna do zaakceptowania. Np. Sylvie Goulard, francuska eurodeputowana z grupy ADLE (demokraci i liberałowie, kierowani przez b. premiera Belgii Guy’a Verhofstadt’) powiedziała: „Nawet najbardziej europejscy spośród nas nie podpiszą się pod takim traktatem”. Skąd tak stanowcza ocena? Z punktu widzenia euro-entuzjastów jest kilka pól niezgody.

Po pierwsze, wąska podstawa merytoryczna projektu. Zajmuje się on wyłącznie kwestią dyscypliny budżetowej państw członkowskich strefy euro. Euro-entuzjaści wątpią, czy da się uzyskać dyscyplinę budżetową za pomocą procedury, która nie przewiduje żadnej trans-granicznej debaty. Po drugie, brak wzmianki o nadzorowaniu nierównowagi makroekonomicznej (konkurencyjność – cena, nadwyżki i deficyty w handlu zagranicznym, nadmierne zadłużenie etc.) Traktat o tym milczy, podczas gdy w czasie niedawnych negocjacji tzw. sześciopaku było to przedmiotem debat, w szczególności z Niemcami ze względu na ich wielkie nadwyżki handlowe, o których wielu ekonomistów sądzi, że są one (obok deficytów wymiany, jak w przypadku Grecji) jednym z ważniejszych powodów kryzysu w strefie euro. Po trzecie wreszcie, w zakresie kontroli długu publicznego i deficytu projekt operuje narzędziami pośrednimi: trochę wspólnotowymi, trochę narodowymi, co niepokoi euro-entuzjastów. „Państwa będą musiały >>ustanowić mechanizm korygujący, uruchamiający się automatycznie<<, w przypadku przekroczenia dwóch progów: 3 proc. deficytu budżetowego i 60 proc. długu publicznego – liczone w stosunku do PKB. Ale ten mechanizm będzie >>definiowany na poziomie krajowym<< (...)” (La négociation du nouveau traité de la zone euro est lancée sur fond de contestations, 21.12.2011). Ta sprzeczność bardzo niepokoi grupę ADLE. Zbyteczne dodawać, że zgoła inne są niepokoje euro-sceptyków. I to zestawienie niepokojów pokazuje dopiero skalę trudności.

Tymczasem strefa euro popada – według „Le Figaro” – w zależność od Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Gazeta opisuje wykreowany ostatnio mechanizm wspierania państw zadłużonych przez IMF. W zamian za tę pomoc (zresztą finansowaną z rezerw walutowych banków centralnych poszczególnych państw) IMF „wyraźnie wzmocni swoją rolę nadzorczą: odtąd będzie jedynym podmiotem kierującym programami uzdrowienia finansów publicznych, które okażą się konieczne”. W konkluzji dziennik pisze: „Czy Christine Lagarde [dyrektor generalny IMF] będzie de facto pierwszym ministrem finansów strefy euro?” (La zone euro se met sous tutelle du FMI, 21.12.2011).


Skontaktuj się
boguslawsonik@boguslawsonik.pl
Statystyki
Liczba osób, które odwiedziły mojego bloga:
 
32012
Liczba osób, które skomentowały mojego bloga:
 
343
Liczba osób, które wpisały się do Księgi gości:
 
2058

Sonik na wesoło


Panasonic REKLAMA FIRMY

http://video.interia.pl/obejrzyj,film,68505

 

Sonique TELEDYSK ZESPOLU

http://video.interia.pl/obejrzyj,film,68513

 

Zlad- elektroniksupersonik

http://video.interia.pl/obejrzyj,film,68506

 

Sonic youth- TELEDYSK

http://video.interia.pl/obejrzyj,film,68512

 

Sonic GRA KOMPUTEROWA
http://video.interia.pl/obejrzyj,film,68511

  

Jamiroquai - TELEDYSK piosenki „Supersonic”

http://video.interia.pl/obejrzyj,film,68507

 

Oasis- TELEDYSK piosenki „supersonic”

http://video.interia.pl/obejrzyj,film,68509

 

Raggasonic TELEDYSK ZESPOLU

http://video.interia.pl/obejrzyj,film,68510 

 

Drodzy Internauci, zachęcamy do podsyłania na poselską skrzynkę (boguslawsonik@boguslawsonik.pl) podobnych zdjęć, filmów, które kojarzą się z nazwiskiem posła Sonika!

 

Zobacz serwisy INTERIA.PL